Kamil Durczok: Goebbelsowska, ordynarna propaganda

„Jeżeli wpuszczam kogoś do mojego przedpokoju czy salonu, nie znaczy, że ma on prawo zaglądać do mojej sypialni”. Z Kamilem Durczokiem o zawodzie dziennikarza, mediach publicznych oraz odbudowie wizerunku rozmawia Michał Ciechowski

O co dziś pana nie pytają?

Przyzwyczaiłem się do tego, że pytają o wszystko. Ktoś, kto żyje z zadawania pytań od trzydziestu lat, musi być przygotowany, że kiedyś paść może to niewygodne. A żadnych się nie powinno lekceważyć.

Niedawno powiedział pan „nie spodziewałem się, że ten zawód tak spsieje”. Dziennikarstwo traci na wartości?

Gigantyczna część ludzi uznających i nazywających siebie dziennikarzami zdecydowanie minęła się z powołaniem. Dzisiejsze dziennikarstwo to mnóstwo błędów i wad. Zapomina się o prawdzie, uczciwości, bezstronności, faktach, dwóch źródłach i innych elementarnych zasadach. I tłumaczy się to spsienie szybkością albo presją czasu. Albo opowiada komunały o prawie do informacji. A często to bzdury służące ukryciu amatorstwa albo prywaty. Ale odbiorcy prędzej czy później zauważą fałsz, teatr czy fasadowość przekazu i odwrócą się od mediów. Warto o tym pamiętać i nie piłować gałęzi, na której się siedzi.

Jak dziś wygląda jądro tego zawodu?

Środowisko jest podzielone i rozrąbane przez polityków. Jeżeli ktoś się jeszcze nie zdeklarował, wkrótce prawdopodobnie to zrobi. Albo zrobią to za niego. Nastąpił rozpad na dwa obozy i nie ma mądrego, który byłby w stanie to okiełznać.

Mam wrażenie, że w dyskusji tej powoli nawiązujemy do dziennikarzy Telewizji Polskiej.

Na pewno w TVP w wielu miejscach nie pracują dziennikarze.

W takim razie kto?

Niesprawni, amatorscy, partyjni propagandziści, którzy opanowali media publiczne, robiąc niewiarygodnie podłe rzeczy za publiczne pieniądze.

Za bardzo duże pieniądze.

Z tym byłbym ostrożny. Na pewno na tle średniej krajowej są to duże zarobki. Nie oburzałbym się jednak na płace pięćdziesięciotysięczne czy wyższe, ponieważ sam zarabiałem ogromne pieniądze, najpierw w TVP, potem w prywatnym medium. W TVP również mogłyby być gwiazdorskie kontrakty, tylko, na miły Bóg, za dziennikarstwo. Nie za goebbelsowską, ordynarną propagandę.

Wielu mówi, że TVP szkodzi dziś wizerunkowi dziennikarza. A co w takim razie z portalami typu Pudelek?

To trochę taki cyrk: przyjeżdża klaun-szyderca i rozpoczyna swoje show. Rynsztokowy, szambiarski Pudel jest portalem, który, oprócz masowości i finezyjnych, wyrafinowanych metod cięcia ludzi na drobne kawałki i posypywania ich solą, nie różni się od magla. Trzydzieści albo pięćdziesiąt lat temu nasze babcie również obgadywały tych, których nie lubiły. Dziś każdy z nas podlega ochronie prawnej. Sam mam na koncie bardzo sprawiedliwy dla mnie wyrok.

Łatwo jest w Polsce odbudować wizerunek?

Trudno. Czeka się na to latami, walczyć trzeba długo i do końca. Ale warto. Pytanie, z czym się trzeba mierzyć. Czy to krytyka, czy wiadro pomyj. Byłbym idiotą, gdybym nie dopuszczał pod swoim adresem krytyki, nawet tej najostrzejszej. Wielu uważa mnie za chama czy bufona. Mają prawo, ja się nie obrażam. Przed tym wszystkim, co działo się dwa lata temu, wytoczyłem tylko jeden proces – Rafałowi Ziemkiewiczowi, którego prywatnie lubię. Napisał, że byłem na antenie pijany. Wylano na mnie wiadro pomyj, musiałem więc się bronić.

Po aferze z tygodnikiem „Wprost” zapłacił pan ekspertom od wizerunku? 

W życiu! Kiedy ja przebywałem w szpitalu, moja była żona wynajęła firmę, która monitorowała wszystkie publikacje związane z moją osobą. Byłem „bohaterem” ponad trzynastu tysięcy publikacji. W historii polskich mediów nigdy w tego typu sprawie nie zdarzyło się tyle materiałów na temat jednej osoby. Nie musiałem niczego ratować, ponieważ to, co zrobił Sylwester Latkowski, jest zwykłym medialnym bandytyzmem.

Chroni dziś pan swoją prywatność? Założył pan Facebooka, Instagrama…

Macie tyle prywatności, ile ja wam dam. Ani kroku dalej. Opowiadanie o tym, że osoba publiczna ma ograniczone prawo do prywatności, jest bzdurą. Jeżeli wpuszczam kogoś do mojego przedpokoju czy salonu, nie znaczy, że ma on prawo zaglądać do mojej sypialni. Jeśli uznaję, że chcę się z kimś pokazać, to moja decyzja. Nie uprawnia nikogo do wsadzania brudnego buciora w moje drzwi.

A co w sytuacji, kiedy prywatna znajomość przekłada się na pracę? Jaki jest największy grzech relacji dziennikarz-polityk?

Powierzchowność i pobłażliwość, czasami wynikająca właśnie ze zbyt bliskich relacji. Jeżeli dziennikarz nie potrafi potraktować polityka równie bezkompromisowo, będąc z nim po imieniu, to nie powinien przechodzić z nim na „ty”. U mnie, paradoksalnie, najgorzej mieli ci, z którymi się znam, jestem po imieniu czy napiłem się z nim wódki, kiedy jeszcze piłem. Czasami sam sobie musiałem coś udowodnić. Zdarzało się, że miało to wymiar groteskowy.

Ze świata wielkiej polityki przeniósł się pan na Śląsk. To wystarcza?

Śląsk codziennie otwiera przede mną nowy wymiar. Jestem zaskoczony tym, co przez ostatnie piętnaście lat się tam zmieniło. Jest takie przekonanie, że po świecie największej polityki, tej warszawskiej, już nic nie ma, nic nie fascynuje, nie interesuje. Tymczasem region, mała ojczyzna, to naprawdę fascynujący świat.

Rozdział pod tytułem „TVN” już zamknięty?

Od dawna. Z dobrymi wspomnieniami.

A gdyby zadzwonił telefon: „Cześć, tu Jacek Kurski”…, to?

Odpowiedziałbym: Cześć Jacku, potworną chamówę robicie na Woronicza i Placu Powstańców Warszawy. Z czym do mnie dzwonisz?

***

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s