Piotr Gąsowski: Rozsmakowałem się w pisaniu

– W życiu należy starać się, aby robić to, co się lubi. I to życie musi czasem też trochę boleć- mówi Piotr Gąsowski, aktor i debiutujący pisarz, w rozmowie z Michałem Ciechowskim

 

Gdyby nie skradziono panu maszynopisu książki, to jakby ona dziś wyglądała?

Szybciej mi się pisało, niż myślało, dlatego trudno odpowiedzieć na to pytanie. Udało mi się stworzyć szesnaście rozdziałów, lecz nie zrobiłem ich kopii. Zostało z nich pięć, które wcześniej przesłałem przyjaciołom. Nie potrafiłem w obecnej książce odtworzyć wszystkich ukradzionych mi materiałów, ponieważ już nie dogoniłem swoich „dziewiczych” myśli. Ale powstały inne, wydaje mi się, też ciekawe.

„Co mi w życiu nie wyszło” jest biografią, którą napisał pan w wieku…

Pięćdziesięciu trzech lat. Ale to nie jest stricte biografia. To jest raczej zbiór opowiadań, przemyśleń i zapis emocjonalnych przeżyć. Opisuję w niej moje wpadki życiowe i zawodowe, przypominam bliskie mi autorytety, które w większości odeszły. To jest książka wesoła i optymistyczna, ale zarazem nostalgiczna. Powstała tak naprawdę z przypadku, kiedy pisanie wymknęło mi się spod kontroli. Początkowo miała być tylko strona internetowa, a potem zauważyłem, że napisałem więcej niż trzeba. Zakończyło się więc książką. Zamiast biografii miało być ironiczne spojrzenie na siebie. I to mi się chyba udało.

 

Był więc to pretekst do dywagacji?

Tak. I to na najróżniejsze tematy. Bardzo się cieszę, że wiele osób w moim wieku mówi, że jest to książka o naszych czasach. I cieszę się jeszcze bardziej, kiedy młodzi ludzie mi gratulują i mówią, że jest napisana współczesnym językiem.

 

„Co mi w życiu nie wyszło” to swoisty romans z pechem?

Książka to dopiero wierzchołek góry lodowej! I mam tak od lat – jeżeli przede mną jest sto krzeseł, to i tak wybiorę to jedno – zepsute. Gdyby jednak nie pech, nie powstałaby ta książka. Wszystko w życiu jest po coś. Każdą porażkę jesteśmy w stanie przemienić w sukces.

 

Książka przedstawia pana z zupełnie nowej strony. Jest to pewnego rodzaju obnażenie?

Nie sądzę, żebym się aż tak bardzo w niej obnażał. Nie jestem ekshibicjonistą (śmiech). „Prawdę” o mnie najczęściej odkrywają tabloidy, pisząc… nieprawdę! W swojej książce napisałem więc tyle, ile chciałbym, aby o mnie było wiadomo. Najśmieszniejsze jest to, że brukowce, prawdopodobnie nie czytając tego, co w niej jest, już wychwyciły kilka „smaczków”. W internecie krzyczą tytuły: Gąsowski grał w porno, a czytelnicy im nabijają odsłony. Nikt z nich nie zainteresował się jednak, jak to wszystko się odbyło. I że ja w żadnym filmie porno jednak nie zagrałem!

 

Jednak zauważono pana książkę.

Czytelnicy jednego z prestiżowych portali związanych z książkami nominowali ją do nagrody „Książki wiosny 2017” w kategorii biografie. I okazało się, że wygrała. Jest to moja pierwsza literacka nagroda, a co najważniejsze od czytelników – osób, których naprawdę moja książka zainteresowała. Takie uznanie jest naprawdę wielką satysfakcją.

 

Aktorstwo odejdzie więc na drugi plan?

Absolutnie nie! Aktorem zostałem z miłości. Było to moje marzenie, które wciąż spełniam. W życiu należy się starać, aby robić to, co się lubi. Aby tak traktować zawód, żeby on także chciał ciebie lubić. Taka miłość z wzajemnością. I czasem też to życie musi boleć.

 

Traktuje pan swój zawód jak misję?

Nie uważam, że aktorstwo jest misyjne. Kiedyś z pewnością miało czasem takie znamiona, ale te czasy już przeszły, choć wierzę, że się odrodzą. Jesteśmy po to, aby uprzyjemniać innym wolny czas. To oczywiście nie znaczy, że każdy spektakl jest dziełem prostym. W teatrze trzeba się skupić i poświęcić dużo czasu najpierw na opanowanie tekstu, a następnie dużo emocji na „zrobienie” roli.

 

W Polsce bardziej kocha pana teatr?

W telewizji występuję głównie w programach rozrywkowych. W teatrze zaś gram obecnie w pięciu sztukach, czyli około dwudziestu spektakli miesięcznie. Ostatnio także zagrałem w dwóch ciekawych filmach, realizowanych w koprodukcji polsko-rosyjskiej. I są to zupełnie role niekomediowe.

 

Zarówno komedia, jak i tragedia wpisują się w pana specjalizację – „aktor dramatu”.

W indeksie Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, którą ukończyłem, mam napisane: magister sztuki i specjalność „aktor dramatu”. Często mylone są pojęcia aktor dramatu i dramatyczny. Nie ma podziału na komedię i dramat, a komedię i tragedię. Dramat może być więc komedią.

 

W Polsce utożsamiają pana głównie z filmami i serialami komediowymi. Wpadł pan do szuflady?

Wielu aktorów, nie tylko w Polsce, jest szufladkowanych. Nie mówię, że moja szuflada jest niewygodna czy nieprzyjemna, i dobrze, że w ogóle jakaś jest (śmiech), ale z pewnością chciałoby się czasem zajrzeć do innych szuflad. Tam też jest ciekawie!

 

Za to drzwi się otworzyły dla pana na wschodzie.

Bez przesady z tymi drzwiami, ale lubię tam grać. Nikt nie kojarzy mnie z programami rozrywkowymi i swoje karty zapisuję na nowo. Ale dziwią się, że nie jestem wykorzystywany w filmie w moim kraju. Trzy lata temu miałem okazję zagrać w filmie „Pod elektrycznymi chmurami” w reżyserii Aleksieja Germana. Ten film zdobył nawet Srebrnego Niedźwiedzia na festiwalu w Berlinie. To trudne dzieło w koprodukcji rosyjsko-ukraińsko-polskiej jest przykładem, że ludzie sztuki mogą dogadać się ponad politycznymi podziałami. Wystąpiłem też ostatnio u tego samego reżysera w produkcji „Dowłatow”, która opowiada o pisarzu tzw. trzeciej fali emigracji, którego w ZSRR skazano na banicję. Gram lekarza, który ma znajomości na Kremlu. Mógłby mu pomóc, jednak tego nie robi. Tym razem film realizowano siłami rosyjsko-polskimi, a autorem zdjęć był Łukasz Żal od oscarowej „Idy” Film jest jeszcze w postprodukcji i czeka na premierę.

 

Aktorstwo to nie tylko scena i film. To też praca podczas festiwali, spotkania z widzami, wizyty w wielu, niezwiązanych ze sztuką, miejscach, no i występy estradowe

Estrada to mój drugi zawód, z całą pewnością. I podchodzę do tego niezwykle poważnie, chociaż czasami słyszy się o takiej działalności, że to jest chałtura. Nie cierpię słowa „chałtura” użytego w tym znaczeniu. To określenie, stworzone w latach 70., oznaczało robienie czegoś poza swoim głównym miejscem pracy i szukanie innych miejsc zarobkowania. Dzisiaj w nim jest coś lekceważącego. A chałturzyć można na zarówno na estradzie, jak i w teatrze! Jeżeli natomiast traktujemy naszą pracę poważnie, profesjonalnie i z sercem, to nawet występ na ulicy przed trojgiem widzów chałturą w takim pojęciu nie jest.

 

A co pana czeka w najbliższym czasie?

Zaczynam próby do kolejnej sztuki teatralnej. Startuje kolejna edycja mojego ukochanego programu „Twoja Twarz Brzmi Znajomo”, który współprowadzę z Maćkiem Dowborem. No i zacząłem pisać już kolejną książkę, tym razem o podróżach. Wygląda na to, że rozsmakowałem się w pisaniu (śmiech). Tak więc trochę się będzie działo!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s