Marek Kondrat: Z winem się nie wygłupiam

Dziś zawód aktora jest profesją dla młodych. Ja już swoje zrobiłem, postanowiłem więc ustąpić im miejsca. Jeżeli traci się z czymś emocjonalny związek, nie ma sensu w to brnąć dalej. O pożegnaniu z aktorstwem, gorzale i winie opowiada Marek Kondrat.

Przez długi czas unikał pan odbierania wyróżnień i nagród. W Toruniu zaś przyjął pan Złotego Anioła za całokształt twórczości. Warto zaznaczyć, że po wielu latach od zejścia ze sceny. Coś się zmieniło?

Przez ostatnie lata unikałem tego typu spotkań, ponieważ wydawało mi się, że nie zasłużyłem sobie na nie. Środowisko aktorskie opuściłem prawie dekadę temu, a wciąż mnie publiczność docenia. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie wiem. Zmieniłem swoje życie diametralnie, a mimo to nadal pozostaję w waszej pamięci. Dziś każda nagroda to pewna forma odcinania kuponów od tego, co przeżyłem kiedyś.

A przeżył pan wiele.

To zawdzięczam wszystkim, z którymi mogłem współpracować. Dziś zawód aktora jest profesją dla młodych. Ja już swoje zrobiłem, postanowiłem więc ustąpić im miejsca. Jeżeli traci się z czymś emocjonalny związek, nie ma sensu w to brnąć dalej. Aktorstwo to zawód oparty na emocjach, a z czasem się one wypalają. Ja chciałem uniknąć rutyny.

Ile prawdy jest w tym, że aktorstwo to zawód doraźny?

Można go „zmieniać” trzy razy do roku, kiedy aktor zakłada kostium. Stajemy wtedy na scenie i jesteśmy zupełnie kimś innym. Po dwóch godzinach światła jednak gasną. My zaś długo rozstajemy się z postacią, z daną chwilą. Ale to tylko ułuda. Wracam do domu, gdzie od progu słyszę, że „nie wyniosłem śmieci”.

Zajął się pan więc dziedziną, która ma swoją powtarzalność i ciągłość.

Zakochałem się w winie. Dziś mam swój czas i swoje miejsce na ziemi.

Podobno era aktorstwa Marka Kondrata zakończyła się w 2008 roku. To prawda?

Wiąże się z tym pewna anegdota. Po jednym z festiwali zadzwoniła do mnie dziennikarka radiowa i powiedziała, że tego wieczora obserwowała moją minę. Podobno wyglądałem, jakbym chciał z tego wszystkiego zrezygnować. No to odpowiedziałem jej, że chcę. Następnego dnia o mojej rezygnacji z aktorstwa rozpisywały się wszystkie gazety. Oczywiście nigdy niczego nie zamierzałem ogłaszać.

Odszedł pan w odpowiednim momencie?

Myślę, że tak. Odszedłem w takim momencie mojego życia, kiedy jeszcze inne pola do działania stały przede mną otworem. Winem zająłem się jeszcze w czasach, w których byłem aktywny zawodowo. Dziś przypominają mi się chwile, kiedy z aktorstwem rozstawał się mój ojciec. Było to po tragicznym wypadku. Wtedy znajdował się on u szczytu swojej kariery. Widziałem również mamę, która była w pewien sposób dla ojca pocieszeniem. Oglądałem ten świat oczami dziecka. I nie myślałem: pójdę w ślady ojca. A później wszystko pokazało życie.

Kiedyś powiedział pan, że od samego początku nie czuł tego zawodu.

Do szkoły poszedłem z rozpędu. Później zauważyłem, że w trakcie kształcenia niweluje się u nas to wszystko, co podkreśla naszą wyjątkowość.

Dobra rola nie pozwala poczuć się wyjątkowo?

Czym jednak jest dobra rola? Może ta z „Dnia Świra”? Każdy ma swoją czułość. Akurat ta rola odebrała mi dech. Już po czterech dniach miałem swojej postaci dosyć. Przy dzisiejszym trybie pracy bym na pewno nie wytrzymał.

Filmy tworzy się dziś inaczej.

Kiedyś nad produkcją pracowało się 3-4 miesiące. To właśnie dopracowane szczegóły były sukcesem filmu. Gdybyśmy w takim trybie tworzyli „C.K. Dezerterów” czy „Pułkownika Kwiatkowskiego”, nic by nie powstało.

Patrząc z perspektywy człowieka uwolnionego od zawodu aktora, co najbardziej pana dziwi?

Dziwi mnie w dzisiejszym świecie fenomen szkół aktorskich, przed którymi ustawiają się kolejki. Młodzież chce zostać aktorami – osobami, które całe życie coś grają, udają, kreują. Staną się ludźmi, których tak naprawdę nigdy nie będzie. I to jest ich prawdziwe marzenie?

Pan zaś swoje spełnił, wymieniając aktorstwo na wino. Zapytam więc: co z wódką?

Gorzała zbyt szybko wznosi człowieka. Jak na nasze temperamenty nie jest to najlepszy pomysł. Ale wie pan, ja do śledzia to się z winem nie wygłupiam. Zanika jednak styl dawnych czasów, kiedy kelner, nawet nie pytając, stawiał na stole ciepłą butelkę. Później zaś pytał, co podać. Zresztą… dopiero od dziesięciu lat na polskich weselach pojawiło się wino.

Podobno pijemy trzy litry wina na osobę rocznie. Warto kupować ten trunek z polskiej produkcji?

Dziś jeszcze jest to temat trudny do podjęcia, ale bardzo mu kibicuję. Polskie wina są drogie, ponieważ winnice jeszcze są młode. Nie mamy tradycji winiarskich i wszystkiego powoli się uczymy. Skoro jesteśmy przy temacie, to od wina także warto jest się uczyć. Ja jestem człowiekiem spokojnym. Tak jak wino, którego produkcji nie da się przyspieszyć. Wszyscy, którzy mają z nim kontakt, potrafią żyć spokojniej. Może warto zwolnić i dać sobie na to swoje życie trochę czasu?

*** Fot. Łukasz Piecyk (www.lukaszpiecyk.pl)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s