Arkadiusz Jakubik: Czuć mistrza to komplement

Z punktu widzenia aktora Dom Zły był dla mnie najtrudniejszą produkcją. Równie ciężką stał się Wołyń. Różnica polega na tym, że te dwa przedsięwzięcia dzielą lata – stałem się bardziej doświadczonym i świadomym twórcą. I z tego czerpałem siły. Arkadiusz Jakubika, aktora, reżysera i wokalisty wysłuchał Michał Ciechowski.

Plakaty, przystanki, bilbordy – wszędzie Jakubik. Nie boisz się przesycenia swoją osobą?

Teraz jest nieprawdopodobna kumulacja. Boję się, że już na mnie nie będzie można patrzeć. Jednak proszę mi wierzyć, to nie ja ustalałem premiery polskich filmów. Zupełnym przypadkiem jest to, że co dwa tygodnie wychodzi produkcja, z którą mam coś wspólnego. Pod każdą jednak podpiszę się obiema rękoma.

Jesteś bardziej aktorem, reżyserem czy wokalistą?

Aktorem. Każdy ma swoją drogę, którą musi przejść.

Pokonałeś ją od wrocławskiej szkoły filmowej przez Wesele, Drogówkę, Wołyń aż po swoją Prostą historię o morderstwie.

Jestem człowiekiem urodzonym w czepku. Do dziś nie mogę zrozumieć, jaką drogą podążał reżyser, który aktorowi siedzącemu w szufladce „debil z 13. Posterunku” powierzył rolę w filmie „Wesele”. Osobiście nie miałbym takiej odwagi.

Zanim jednak zostałeś etatowym aktorem Smarzowskiego, miałeś epizod związany z Toruniem.

W zawodzie tym czekanie na telefon z propozycją pracy to masakra. Kończąc wrocławską szkołę filmową, o której w latach 90. mało kto słyszał, miałem duży problem ze znalezieniem pracy. Otrzymałem propozycję z Torunia. Ówczesna dyrektor Teatru im. Wilama Horzycy Krystyna Meissner poleciła mi napisać sztukę dla dzieci. Przyjąłem zamówienie, a warto zaznaczyć, że byłem wtedy nygusem. Kiedy było wiadomo, że próby zaczynają się za trzy dni, a ja miałem napisany tylko pierwszy akt, postanowiłem wymyślić szybką ściemę. Udałem się do dyrektor z prośbą o konsultację drugiego aktu, gdyż „nie wiedziałem”, jak w kolejnym wprowadzić dane rozwiązanie. Oczywiście mnie rozszyfrowała. Usłyszałem: „Co ty pieprzysz? W poniedziałek jest próba. Masz trzy dni, do dyspozycji gabinet, jedzenie i picie. Nie wyjdziesz, dopóki nie skończysz sztuki”.

Udało się?

W poniedziałek o godzinie 9.00 rozpoczęła się próba.

Wracając do Smarzowskiego…

To nie jest tak, że Wojtek z dnia na dzień stał się artystą. Dziś jest jednym z najważniejszych polskich reżyserów. Grać u niego nie jest prosto – nie tylko z punktu widzenia aktorskiego, ale również emocjonalnego. Do bólu realistyczny świat Smarzowskiego przenika przez aktora. Nagle coś wyimaginowanego staje się prawdziwym życiem. Relacje stają się relacjami z krwi i kości, wyposażonymi w wiele emocji. Kiedy pada ostatni klaps, pewien świat dla aktora się kończy. Stajemy przed przerażającą pustką. Dziś z tym potrafię sobie już poradzić – jestem bardzo poukładanym człowiekiem, posiadającym plan ułożony ze szwajcarską precyzją. Mam ten alternatywny świat – rodzinę, muzykę, które pozwalają mi zapomnieć, co działo się chociażby w filmie „Wołyń”.

Jeden z dwóch trudniejszych filmów w twojej karierze. W wielu wywiadach wspominałeś również o Domu Złym.

Oba te filmy, z punktu widzenia aktora, stały się faktycznie trudne. Różnica polega na tym, że te dwa przedsięwzięcia dzielą lata – stałem się bardziej doświadczonym i świadomym twórcą. I z tego czerpałem siły.

Niedawno do kin wszedł film Jestem mordercą Macieja Pieprzycy i Prosta historia o morderstwie, która wyszła spod twojej ręki. Niektórzy mówią, że czuć w tym Smarzowskiego. Przesiąknąłeś już jego twórczością?

I tak, i nie. Czuć mistrza to komplement. Wejść jednak w te same buty byłoby dla mnie reżyserskim samobójstwem. Film „Prosta historia o morderstwie” to moje dziecko, które darzę wielką sympatią. Przyglądamy się rodzinie, z którą przez cały film wspólnie niesiemy mroczne sekrety. Na samą odpowiedź „kto zabił?” czekamy aż do samego końca – mam nadzieję końca, który niejednego widza zaskoczy.

Wspomniane już filmy oparte są na dosyć mrocznych historiach.

Te mniej fajne zakamarki ludzkiej natury są bardzo ciekawe. Oparta na nich fabuła pozwala wciągnąć widza w świat, który go w jakiś sposób pochłonie. W kinie przecież nudzić się nie można.

fot. Łukasz Piecyk
fot. Łukasz Piecyk (www.lukaszpiecyk.pl)
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s