Łukasz Simlat: Śmiesznie nie jest

Nie wyobraża sobie życia bez teatru. Jak mówi, ten zawód to narkotyk. To jego rok – zwieńczony nagrodą za drugoplanową rolę męską w filmie „Zjednoczone stany miłości” podczas 41. Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. O pełnym spektrum granych postaci, renesansie kina artystycznego w Polsce i żartobliwie o widmie zakończenia kariery z Łukaszem Simlatem rozmawiał Michał Ciechowski 

Spotykamy się miesiąc po festiwalu w Gdyni. Nagroda to klucz do sukcesu?
Kiedy dowiedziałem się o tym wyróżnieniu – w pierwszym momencie mnie zmroziło. W naszym środowisku panuje przesąd, że po tych nagrodach już się nie pracuje. Gdzieś zostało to zauważone, my zaś traktujemy to z przymrużeniem oka. Cieszy mnie jednak, że ktoś zauważa ten specyficzny rodzaj minimalistycznego grania. Właśnie taką drogą poprowadziłem moją postać w „Zjednoczonych stanach miłości”. Każdy aktor do momentu otrzymania w Gdyni nagrody pracuje spokojnie nad różnymi projektami, a w pewnym momencie wystawiony jest na świecznik. Zoomowana jest na nim uwaga i trzeba temu podołać – dopiero wtedy się na tę nagrodę pracuje.

Kij ma jednak dwa końce.
Do ról staram się podchodzić w sposób różnorodny, aby nie zostać przez producentów lub widzów zaszufladkowanym, utożsamianym z jednym rodzajem grania czy postaci. Uprawiam ten slalom, podejmując wyzwania mazane różnymi barwami.

Widać je w ostatnim czasie zarówno na dużym, jak i małym ekranie. Scenariusze piętrzą się na stole?
Nie jestem jeszcze na tym etapie, kiedy mogę przebierać w scenariuszach. Odmawiam jedynie udziału w projekcie, pod którym nie chcę się podpisać lub nie rezonuję z bohaterem. Za każdym razem w postaci szukam głębi. Ma ona magnetyzować, zaskakiwać i przyciągać.

Ile jeden człowiek – aktor – może stworzyć w swojej pracy odmiennych charakterów?
Jest to duży sukces, kiedy ta różnorodność zauważalna jest na etapie scenariusza. Często produkcje się zazębiają lub idą jedna po drugiej. Najważniejsza u aktora jest psychika, bo to dzięki niej przez pewien czas stajemy się daną postacią. Czyszczenie głowy z tego śmietnika jest później największym problemem. Polskie warunki nie dają możliwości, by skupić się na jednej rzeczy od jej podstawy do samego końca. Teatr powiela się z kinem, kino z serialem. Tym razem jednak przygotowuję się do filmu, który będzie stanowił moją najbliższą przyszłość. Zobaczę, co z takiego wyhamowania dla mnie wyniknie.

W Polsce aktor otrzymuje role „po warunkach”? 
Kliszą polskiego kina jest podejście do czarnych bohaterów. Nie unikam takich kreacji, ale czuję już przesyt tych ról.

Statystyczny widz zna pana z kina komercyjnego. Bardzo aktywnie jednak działa pan także w tym artystycznym. 
Kino artystyczne w Polsce ma swój renesans – niesie wartości, które znamy ze słynnej Polskiej Szkoły Filmowej. Magnetyzuje ono czymś więcej niż kinem fabularnym. Na tapetę bierze tematy odważniejsze. Aktorstwo jest zawodem, które z roku na rok się zmienia. Trzeba dostosowywać się do tematów i do różnorodnego spojrzenia. Fascynuje mnie norweskie czy szwedzkie poczucie humoru – nasze komediowe kino komercyjne jest nieśmieszne. Mnie fascynuje to, jak zagrać na poważnie tak, aby było śmiesznie. A śmiesznie obecnie nie jest.

Inaczej niż w teatrze.
Teatr to zupełnie inny rodzaj energii. Nie potrafię sobie bez tego wyobrazić życia. Jest tam pewna doza szczerości. Oklaski po spektaklu komediowym dla mnie są zachowaniem wymuszonym. Śmiech jest spontaniczny – prawdziwy. Lata temu zauważyłem, jak ta maszyna doskonale funkcjonuje – aktor gra, publiczność reaguje. Łaknę tej właśnie niewiadomej – co się wydarzy podczas spektaklu, co się popsuje. Tu nie można powiedzieć „stop”. Zawód ten jest narkotykiem. Łaknę adrenaliny, ponieważ każdy dzień jest inny. Nigdy nie będzie takiego samego wieczoru, takiej samej sceny, nigdy nie jesteśmy w tej samej kondycji. Teatr jest u mnie na pierwszym miejscu, choć staram się go łączyć też z filmem.

I muzyką?
Stare powiedzenie mówi, że narząd nieużywany zanika. Saksofon, na którym kiedyś grałem, poszedł w odstawkę. Została jeszcze gitara i to ona mi gdzieś w życiu towarzyszy.


*rozmowa przeprowadzona przy współpracy z Kinem Centrum (Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu)

**Fot. główne: Łukasz Piecyk (www.lukaszpiecyk.pl)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s