Krzysztof Kowalewski: Polska to nie kraj dla starego aktora

Spoglądając w lustro, nie patrzy na siebie sprzed lat. Żyje tu i teraz – w kraju, który starych aktorów już nie potrzebuje. Swoje pasje i pragnienia spełnia na scenie. Dla niego domem jest teatr, sercem zaś rodzina. O niedawno wydanej biografii, teatrze i aktorskim niespełnieniu z Krzysztofem Kowalewskim rozmawiał Michał Ciechowski

Jako dziewięciolatek dowiedział się od matki, że jest Żydem”. W Polsce słowo „Żyd” wciąż zawisa w powietrzu.

Taki kraj. Kilka miesięcy temu dziennikarka spytała mnie, czy w Polsce jest możliwość wybuchu sytuacji podobnej do pogromu kieleckiego w 1960 roku. Odpowiedziałem, że nawet większa. I taka jest prawda. No trudno.

Za kilkanaście złotych każdy może wejść do Pana życia.

Jest to bardziej moje wyjście do ludzi. Zamysł biografii nie jest do końca mój, ponieważ byłem sterowany przez autora jego pytaniami. Rozmowa jednak była pomysłem, który zrodził się po obszernym wywiadzie w „Polityce”. Wzbudził on olbrzymie zainteresowanie. Dziś na koncie jest ponad trzydzieści tysięcy sprzedanych książek.

Kim jest i jaki jest ten zamyślony człowiek, znajdujący się na okładce „Takiej zabawnej historii”?

Jestem nim ja – człowiek o naturze refleksyjnej. Takie zamyślenie jest dla mnie typowe.

Prawdą o człowieku jest mit, jaki wokół siebie tworzy, a nie to, co myśli czy robi. Kreacja wizerunku to nieodłączny element aktora?

Wybierając miejsce, w którym pracuję zawodowo, już musiałem zdecydować o pewnej kreacji siebie. I to jest najważniejsze, ponieważ człowiek stara się znaleźć miejsce w zespole wartościowym, który ma dobrą przeszłość i teraźniejszość. My, aktorzy, uczymy się do końca życia. Jeżeli nie chcemy posuwać się naprzód, mimowolnie się cofamy.

Zawód aktora to permanentne niespełnienie?

Tu nie ma spełnienia całkowitego. Apetyt z każdym dniem jest większy. Zamiary mogą być większe, tęsknoty są większe. Aktorzy, którzy mają za sobą wiele pierwszoplanowych ról, przedstawień teatralnych, powoli się „otłuszczają” i ustają w tym swoim klasycyzmie. Ja mam naturę inną. Nie wracam do tego, co jest za mną.

Nie wspomina Pan czasów, które Pana ukształtowały?

Spoglądając w lustro, nie widzę siebie sprzed lat. Garderoba aktorska to miejsce, w którym przeplata się wiele anegdot. Z nich złożone jest życie aktora.

Która jest Panu najbliższa?

To jest właśnie najtrudniejszy moment w rozmowach. Co z tego, że ja panu powiem, że siedziałem na krześle, grając Edka w Mrożku i to krzesło się pode mną rozleciało? To nic nie wnosi. Istotne jest to, co działo się wtedy z partnerami. Każdego z nich można by opisać z osobna. Ktoś był wściekły, ktoś płakał ze śmiechu. Znajdując się na scenie, mamy pewien rodzaj spięcia nerwowego. To zmienia kąt widzenia takiego przypadku.

W biografii powiedział Pan „Uświadomiłem sobie, że moja kariera to nie będzie winda, ale długa drabina”. Wciąż się Pan wspina?

Jakiś pułap już osiągnąłem (śmiech), ale cały czas, o ile mam siłę, to się wspinam.

Wiele osób kojarzy Pana z komediami.

Tak w moim życiu się ułożyło.

Podkreślił Pan, że „komedia to trudny do zagrania dramat”. Śmiech i łzy idą ze sobą w parze?

Farsa jeszcze trudniejsza. W komedii i farsie, jeżeli występują sytuacje nieprawdopodobne, to trzeba to grać w sposób jak najbardziej prawdziwy i prawdopodobny. Jakiekolwiek ośmieszanie tych zdarzeń może się skończyć katastrofą – niesmaczną i nieśmieszną. Na tym polega sukces.

Nie mówię, że sukces mnie nie łaskocze, ale wielki sukces załaskotałby mnie na śmierć” – to Pana słowa.

Pojmuję wielki sukces jako niebezpieczeństwo. Mogę przypuszczać, ale nie mogę powiedzieć, na ile jestem odporny na tak zwany wielki sukces. Mam nadzieję, że z głową by mi się nic nie stało. Na życie patrzę realnie. Taką rezerwę jednak trzeba zostawić.

W książce nie powiedział Pan o teraźniejszości. Jak dziś wygląda gwiazda Krzysztofa Kowalewskiego?

Tak jak starszego aktora, który czymś się w swoim zawodzie zasłużył. To jest polska specyfika – dla starych aktorów nie ma już miejsca. Nie mówię o Pyrkoszu, który gra wiecznie, ale taka przeciętna osoba. Cały świat używa starych aktorów, bo potrzebuje. Scenarzyści z zagranicy inaczej patrzą na świat i lepiej piszą te scenariusze. Rzeczywistość oceniają pozytywniej.

Polska to nie jest kraj dla dojrzałych aktorów?

Polska to nie jest kraj dla aktora starego. Nie chciałbym, żeby to zabrzmiało jak skarga, bo jeżeli nie gra się w polskim filmie czy serialu, to czasem jest wielka zaleta.

Aż tak złe są polskie filmy i seriale?

Do srania. Szczególnie seriale. Filmy nie. Muszę je obejrzeć, nawet z obowiązku, ponieważ jestem na liście członków Polskiej Akademii Filmowej. Ale moja żona mówi, że zaczęliśmy robić lepsze filmy. Mam do niej zaufanie.

Aktorów dojrzałych zamknięto więc w teatrze?

Teatr jest w pełni dojrzały, potrzebuje i młodego, i bardzo starego aktora.

Miał Pan kiedyś ochotę rzucić to wszystko?

Na samym początku, jeszcze w szkole aktorskiej. Nie potrafiłem przebić się przez to wszystko. Nie rozumiałem, czego oni wtedy ode mnie chcieli.

A dziś czego od Pana chcą?

Chcą, żebym w sposób odpowiedzialny uprawiał ten zawód. A ja chcę ich zadowolić.

12491983_1118250458185381_8212859326789464215_o

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s