Mieczysław Szcześniak: sługą nie jestem

O najnowszych projektach oraz fascynacji muzyką amerykańską, w kuluarach Kujawsko-Pomorskiego Impresaryjnego Teatru Muzycznego w Toruniu, z Mieczysławem Szcześniakiem, muzykiem, kompozytorem i autorem tekstów, rozmawia Michał Ciechowski.

Zastanawiając się, jak słuchać Szcześniaka, stwierdziłem, że w samotności.

Ja też słucham w samotności.

Czyli dźwięki dla duszy?

Gram dla duszy, ale także dla ciała. Moją drobną ambicją było to, żeby śpiewać o całym człowieku.

Tworzy Pan muzykę grając na bardzo delikatnych strunach swoich słuchaczy. Media wciąż do tego się nie przekonały.

Media nigdy mnie nie rozpieszczały. Wyjątkiem była „Dumka na dwa serca”, która była przedsięwzięciem filmowym. Gdyby nie to, nie byłaby puszczana w radio i przepadłaby, jak przepada wiele fajnych piosenek.

Ostatnią płytę – krążek „Signs ” tworzył Pan kilka lat. Niedługo wyjdzie kolejna, a to jeszcze nie koniec…

Prace się trochę przesunęły, ponieważ nagrałem jednocześnie trzy płyty. Jedna z nich to krążek stworzony z Krzysztofem Herdzinem i jego triem – „Songs for yesterday”, czyli piosenki, których słuchaliśmy w młodości. Będą Beatlesi, Steve Wonder i Rolling Stones. Pracowałem także nad ks. Twardowskim, do którego wierszy skomponowałem muzykę. Chciałem stworzyć przedłużenie „Spoza nas”. Stwierdziłem, że najlepsze skrzydła dla tej poezji to muzyka latynoamerykańska i brazylijska – bosanovy i samby.

Ponownie więc ks. Twardowski…

Zawsze chciałem napisać więcej do Twardowskiego. Musiałem jednak zaczekać. Nie zmuszam wierszy, żeby były piosenkami. Czekam aż same się poddadzą. Twardowski był wyjątkowym poetą – wyjątkowo niedocenionym. To nas łączy. Myślę, że mało kto ułaskawia chwile trudne, takie jak ten poeta. Cenię go za to, że jest tak blisko człowieka. Odziera wszystko z izmów – filozofizmów, z realizmów i teologizmów. Stawia człowieka w takiej małej, drobnej, ciepłej pozycji.

Trudno opracować wiersz muzycznie?

Sztuką w sztuce jest to, żeby to, co się robi, było lekkie, nawet jeżeli jest ciężko wypracowane. Nie jest to proste, żeby wiersze Twardowskiego, które są bez rymów, zrobić piosenkami, które są lekkie. Chciałem je uskrzydlić. Ludzie często nie znają jego poezji. Wzrusza ich paroma cytatami i tyle. Do wierszy dodałem parę prostych nut i stworzyłem proste piosenki – można do nich śpiewać, tańczyć, płakać, a nawet śmiać się do rozpuku. Jeżeli ludzie będą je śpiewać, staną się one najkrótszą drogą z serca do głowy. Wszyscy będą się mogli cieszyć tymi utworami. Tak jak ja.

Muzyka czarna cieszy podobnie?

Zawsze byłem zafascynowany muzyką amerykańską, zwłaszcza czarną. Kiedy kilka lat temu rozpocząłem pracę z Wendy Waldman zobaczyłem ile w tej Ameryce jest różnych światów. Z fascynacją podszedłem również do muzyki folk i to słychać na płycie „Signs”, którą wspólnie stworzyliśmy. Nagrywaliśmy w Stanach, w Polsce, trochę w Londynie. Jest to dotyk wrażeń tego gatunku i fascynacja amerykańskim folkiem. Dużo pisaliśmy i dużo odejmowaliśmy, aby zostało to, co najważniejsze – najważniejsze dźwięki i najważniejsze słowa. Cieszę się, ponieważ nauczyłem się odejmowania. To właśnie jest wynik spotkania z Wendy – z tego dodawania wyszło takie odejmowanie.

Ciężko jest oddawać emocje w obcym języku?

Nie jest to łatwa rzecz, jeżeli przykłada się do tego wagę. Wychodzę z założenia, że piosenka jest dość podkasaną muzą i za to się nobla nie dostaje. Ale może być rodzajem sztuki, ponieważ w piosence mamy do czynienia z trzema jej rodzajami: z literaturą, muzyką i interpretacją obu w jednym czasie. Jeżeli o te trzy elementy zadbamy, to może być to małe dzieło sztuki. Może otworzyć oczy i głowę.

Piosenka otwiera oczy, ja, obserwując pana koncert, zauważyłem, że publiczność je zamyka.

Ja również patrzę na publiczność. Chcę wiedzieć kto mnie słucha i o co chodzi.

I o co chodzi?

Największą nagrodą, jaka jest dla artysty to publiczność towarzysząca przez wiele lat, która ciekawa jest rozwoju wypadków. Zdarza się, że na koncertach są trzy pokolenia. Są ludzie, którzy z serca do serca podają sobie przesłania, słowa i muzykę. A każda płyta jest dla nas kolejnym odcinkiem.

Z jakim kolorem połączył by Pan swoją twórczość?

Jest wiele kolorów i wiele odcieni tej twórczości. Ja sam maluję, jeżeli nie potrafię czegoś opowiedzieć, zaśpiewać, to wyrażam słowa za pomocą obrazu. Wydaje mi się to pięknym rodzajem abstrakcji.

Czego więc nie da się wyśpiewać, a da się namalować?

Są takie stany, że nie da się ich opisać. Słowa są za płaskie. Nawet poezja nie nadąża. Natomiast kolor i kompozycja dają ten rodzaj abstrakcji, który gdzieś w głowie się lęgnie. Jest wtedy łatwiej.

Wracając do muzyki, wspomniał Pan w naszej rozmowie o dwóch projektach. Jest jeszcze trzeci…

Trzecia płyta to krążek nagrywany z czarnym chórem. Teraz piszemy piosenki, które stylizowane są na stare  rhythm’n’bluesowe  podźwięki. Płyta dostępna będzie w Polsce na początku 2016 roku.

Ciężko jest wydać płytę 30 lat po debiucie?

Bardzo trudno. Producenci nie są skorzy do współpracy, boją się ryzyka. W Ameryce jest łatwiej.

Powoli nam Pan ucieka…

Nie wiem czy uciekam. Sercem trochę tak. Bo serce nie sługa, a ja sługą nie jestem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s