Marek Dyjak: Miłość i Bóg rozplątują sznury

„Po ostatnim koncercie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział: Panie Dyjak, nie piję już dwieście dni. Ja po swojej dwusetce przestałem liczyć. Kolejne dni są bardzo ciężkie…” O miłości do muzyki i duszy rozpuszczonej w alkoholu, a także o odejściu w samą porę – z Markiem Dyjakiem, artystą niepokornym, w Teatrze Muzycznym w Toruniu rozmawia Michał Ciechowski

Uprawia Pan wielką, uczuciową pornografię.

Nie potrafię inaczej. Jestem ekstrawertykiem. Trudno wstrzemięźliwie podchodzić do spraw, które są dla mnie najważniejsze. Śpiewam całym sercem.

Ciężko zrozumieć Pana twórczość bez przeczytania biografii.

Właśnie po to zgodziłem się na książkę „Marek Dyjak. Polizany przez Boga”.

„Śniadanie na tapczanie”, „Rebeka” „Piosenka w samą porę” – muzyka to forma Pana testamentu?

Nie zostałem dobrym ojcem. Zostawiam więc po sobie muzykę. Jeżeli coś by mi się stało, to będzie ona wszystkim, co po mnie zostanie na ziemi. Z córką wciąż nie mam kontaktu. Nie wiem czy przeczytała książkę. Nie wiem, czy zna moją muzykę.

Każdą stworzoną płytę traktuje Pan jak niechciane dziecko?

Każdą płytę przestaję lubić już w momencie nagrania. Dla mnie samo występowanie jest niezwykle stresujące i bolesne. Odczuwam ból zarówno fizyczny jak i psychiczny. Po występie jestem potem naprawdę złamany, zmęczony. Teraz życie mnie nie boli, jest przyjemne, w zasadzie cudowne. Ale koncerty … Ja to nazywam „Moje Fado” lub „Moje Fatum”.

Oklaskująca publiczność jest formą uśmierzania bólu?

Tak, to jest autoterapia. Jestem alkoholikiem. To już osiem lat jak nie piję.

„Byłem facetem, który żył prawie jak bezdomny. Ekskluzywnym alkoholikiem uprawiającym muzykę”. Kim jest ów alkoholik?

Ekskluzywny alkoholik to taki, któremu stawiają, który zdobędzie się każdego dnia na to, żeby się napić.

Podczas koncertów również?

Cały czas piłem. Występowałem również pijany, co oczywiście kończyło się fatalnie. Takie życie.

Miłość do muzyki zwyciężyła nad miłością do alkoholu?

Muzyka zawsze wygrywa. Jest takie przysłowie „Przybyłem, zobaczyłem, Bóg wygrał”. To zdanie bardzo dużo mi pokazało. I jest dla mnie ważne.

„Bóg wygrał”. W utworze „Piosenka w samą porę” śpiewa Pan „pozwól odejść już”. Do Boga?

Wiele rzeczy w życiu opuściłem, pożegnałem nie w odpowiednim momencie. Chodzi o to, żeby opuszczać w tym odpowiednim. W samą porę. Ja gnałem przez całe życie… za życiem. Mam ten melancholijny stan, ale życie zawsze było najważniejsze – ważniejsze od tego życia spokojnego: dom, rodzina, praca w fabryce.

Ciężko wracać do tego co było?

Wracam do tego podczas każdego koncertu. Jestem twórcą polizanym przez Boga.

A ujarzmionym?

Nie chodzę do kościoła. Wiem, gdzie jest Bóg. Jest obecny we mnie codziennie. A mną się trzeba opiekować. On robi to przez całe moje życie.

Na scenie również pomaga?

Śpiewam ponad dwadzieścia lat i tremę mam zawsze. Toruński koncert również przeżywam. Pomiędzy mną a publicznością jest znak „równa się”. Staram się , aby każdy w mojej twórczości odnalazł siebie. Po ostatnim koncercie podszedł do mnie mężczyzna i powiedział: Panie Dyjak, nie piję już dwieście dni. To ja mu kibicuję i cieszę się, że ludzie podchodzą, dzieląc się swoimi sukcesami.

Pan też liczy dni?

Liczyłem na początku, chyba właśnie do dwustu. Teraz już nie.

Co jest po tych dwustu dniach?

Jest bardzo ciężko.

Wciąż traktuje Pan występ na scenie jako samoupokorzenie przed ludźmi?

Chyba tak. Chodzi o to, że wszyscy są teraz bohaterami. A Dyjak jest antybohaterem. Jest bohaterem nieszczęśliwego życia. Wszystko się jednak może zdarzyć. Ktoś przychodzi, ktoś odchodzi.

A zostają przyjaciele. Dostają od Pana w prezencie noże.

Mówi się, że stal rani, stal dzieli. Ja uważam odwrotnie. Jest to bardzo specyficzne, stare narzędzie. I często potrzebne. Uważam, że nóż jest dla człowieka osobisty i każdy taką osobistą rzecz powinien mieć inną. Chcę dzięki temu powiedzieć o czymś takim… intymnym. Mamy do czynienia z czymś osobistym. Wojtek, mój menager, dostał także ode mnie nóż. Nosi go codziennie. Ja już nie. Nie mam już noży. Te były z ładnej stali i dobrze wykonane.

Nóż również miał w ręku pana sąsiad, kiedy …

… kiedy odcinał linę, na której wisiałem. Próbowałem popełnić samobójstwo. Chyba tak. Najprawdopodobniej tak.

Samobójstwo jest odwagą czy porażką?

I odwagą i porażką. Ale jak człowiek ma popełnić samobójstwo, to naprawdę już nie myśli o innych rzeczach. To jest straszna choroba. To nie jest tchórzostwo. A może trochę jest? Ale wymaga odwagi. Jak coś robię, to zawsze ostatecznie. Ale nie zawsze wychodzi. Rozumie pan. Ja umiem zawiązać linę. A miłość i Bóg rozplątują sznury. W samą porę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s